Październik, liście, kasztany. Ranki są zimne, wieczory krótsze… Bibisze mają depresję i chodzą po sklepach w poszukiwaniu nowych kozaków ;)
To chyba pierwsze rzeczy, które przychodzą mi do głowy na myśl o jesieni...Polskiej jesieni, por supuesto…
W Barcelonie sprawa wygląda trochę inaczej. Październik można jeszcze zaliczyć do miesięcy plażowo-krótkorękawkowych. Chociaż już czuć trochę chłodniejszy wiatr temperatura poniżej 25 jeszcze nie spada. Dlatego, co by wykorzystać ostatnie ciepłe dni, raz na jakiś czas wybywamy na Barcelonetę-pobliską miejską plażę. I tutaj sielanka się kończy. Beeez kitu.
Barceloneta-w-dzień to najbrzydsza plaża jaką w życiu widziałam. Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek chce się poczuć jak kiepska sardynka w bardzo kiepskiej i ciasnej puszce to zapraszam właśnie tutaj.
Zawsze jak trafię na Barcelonetę w ciągu dnia mam wrażenie że się duszę. Albo że zaraz ktoś mnie przygniecie. Nawet w październiku. Oczywiście usilnie staram sobie wyobrazić, że jestem w Nazare. Albo w Tavirze. Albo gdziekolwiek w Algarve..
Ale.. niestety. Skrzeczący głos pani od MASAHE MASAHE KIERES MASAHE i pakistańskie CERVEZA COLA BIIIR sprawiają, że czar pryska po 2 minutach.
Całe szczęście, jak tylko zajdzie słońce dochodzi do jakiejś cudownej transformacji. Ze znienawidzonej Barcelonety staje się wspaniałą Barcelonetką. Nie widać brudu, pyłu, nie ma walki o swój metr kwadratowy. Jest klimat, można posiedzieć, są fale i bije z niej jakiś absolutny spokój… Dlatego szczerze mówiąc ostatnio o wiele bardziej od exclusive imprez w stylu shoko-loco-sroco-bauns (których jest tu na pęczki) wolę posiedzieć właśnie en la playa… Z los erazmusos i otros czikos de monton ;)
Ale tranquilos! Żeby nie było że jestem wredną dziunią i naparzam o słonecznym październiku, kiedy w Polsce szaro buro i ponuro, zdradzę na pocieszenie coś w sekrecie: podobno zima jest tu obrzydliwa… Plotki głoszą że non stop pada, chlupie, wieje a w mieszkaniach nie ma kaloryferów! Mam nadzieję, że już wam troche lepiej…
A tymczasem, lo siento, ale me voy a la playa. O o ooo.
sobota, 10 października 2009
wtorek, 6 października 2009
Mój własny hiszpański dom.
Mam nowy dom.
Mój własny, hiszpański dom. W którym nareszcie czuję się jak u siebie! Mój własny, hiszpański dom to tak na prawde przytulne piso, na piętrze szeregowego domku. Zamieszkują go pan Jose i pani Sara z dwojką dzieciaków. Jose i Sara, byli mistrzowie tańca towarzyskiego, to chyba najsympatyczniejsza rodzinka jaką ostatnio przyszło mi poznać. Owszem, są troszeczkę nieporadni i roztrzepani. Przez 2 godziny obczajali jak włączyć nam ciepłą wodę. Przez kolejne pół usiłowali uruchomić internet. Ale mam wrażenie, że bardzo nas polubili i strasznie przejęli się swoją rolą.
Mój własny hiszpański dom ma osobne wejście, dwa jasne pokoje, wyturbistą łazienkę i wielki taras z leżaczkami. Nie to żebym się woziła czy coś ;) Ale po 3 tygodniach mieszkania z psychopatycznym Katalończykiem mam ochotę wykrzyczeć całemu światu jak jest maravilloso!
(btw. Alina, specjalnie na Twoje zyczenie, zrobilam sobie siupę przed sąsiadami i obfotografowalam cala chate...doceń to!)



W moim własnym hiszpańskim domu jest po prostu wyturbiście. Mogę oglądać Gotowe na wszystko bez słuchawek na uszach i włączyć Davida Bisbala na dzień dobry. Mogę dostać z Joanną głupawki i żaden kataloński dziad nie będzie nas z tego rozliczać. Mogę zaprosić znajomych i zrobić grilla. W zasadzie mam wrażenie, że mogę wszystko!
Ok, w kontrakcie napisali, ze nie mogę urządzić ogniska i puszczać petard. Ale spoko, na sylwestra jadę do domu, więc w sumie petard nie mam w planach!
Koło mojego własnego hiszpańskiego domu mam
el mercado, punto fresco z nieprzyzwoicie kolorowymi owocami i przystanek z autobusem do Barcelony. No i churrerię, przy której, bez kitu, planuje w najbliższym czasie rozbić namiot!
Jakby ktos nie wiedział - churreria to takie miejsce, w którym sprzedaje się churros - najbardziej odjechane ciastka swiata! Nie wygladaja może jakos mega apetycznie, ale uwierzcie - obecnie jestem w stanie się za nie pokroic.

Dzisiaj z Joanna odkryłysmy chinczyka po drugiej stonie ulicy. W sensie że chinska jadłostacje. Jedyne 6 euro za wyżerę stulecia...
W ramach inauguracji nowego zycia w moim wlasnym hiszpanskim domu, w piątek urządzamy mini parapetowkę. A ponieważ w naszym supermercado znalazlysmy ekstremalnie tani zestaw do sushi, mamy w planach pokazać na co nas stac i urzadzic sushi-party!
To znaczy Joanna pokaże na co ja stać. Ja co najwyżej ugotuje ryż.
Hope, że obejdzie się bez ogniska...
Mój własny, hiszpański dom. W którym nareszcie czuję się jak u siebie! Mój własny, hiszpański dom to tak na prawde przytulne piso, na piętrze szeregowego domku. Zamieszkują go pan Jose i pani Sara z dwojką dzieciaków. Jose i Sara, byli mistrzowie tańca towarzyskiego, to chyba najsympatyczniejsza rodzinka jaką ostatnio przyszło mi poznać. Owszem, są troszeczkę nieporadni i roztrzepani. Przez 2 godziny obczajali jak włączyć nam ciepłą wodę. Przez kolejne pół usiłowali uruchomić internet. Ale mam wrażenie, że bardzo nas polubili i strasznie przejęli się swoją rolą.
Mój własny hiszpański dom ma osobne wejście, dwa jasne pokoje, wyturbistą łazienkę i wielki taras z leżaczkami. Nie to żebym się woziła czy coś ;) Ale po 3 tygodniach mieszkania z psychopatycznym Katalończykiem mam ochotę wykrzyczeć całemu światu jak jest maravilloso!
(btw. Alina, specjalnie na Twoje zyczenie, zrobilam sobie siupę przed sąsiadami i obfotografowalam cala chate...doceń to!)
W moim własnym hiszpańskim domu jest po prostu wyturbiście. Mogę oglądać Gotowe na wszystko bez słuchawek na uszach i włączyć Davida Bisbala na dzień dobry. Mogę dostać z Joanną głupawki i żaden kataloński dziad nie będzie nas z tego rozliczać. Mogę zaprosić znajomych i zrobić grilla. W zasadzie mam wrażenie, że mogę wszystko!
Ok, w kontrakcie napisali, ze nie mogę urządzić ogniska i puszczać petard. Ale spoko, na sylwestra jadę do domu, więc w sumie petard nie mam w planach!
Koło mojego własnego hiszpańskiego domu mam
el mercado, punto fresco z nieprzyzwoicie kolorowymi owocami i przystanek z autobusem do Barcelony. No i churrerię, przy której, bez kitu, planuje w najbliższym czasie rozbić namiot!
Jakby ktos nie wiedział - churreria to takie miejsce, w którym sprzedaje się churros - najbardziej odjechane ciastka swiata! Nie wygladaja może jakos mega apetycznie, ale uwierzcie - obecnie jestem w stanie się za nie pokroic.

Dzisiaj z Joanna odkryłysmy chinczyka po drugiej stonie ulicy. W sensie że chinska jadłostacje. Jedyne 6 euro za wyżerę stulecia...
W ramach inauguracji nowego zycia w moim wlasnym hiszpanskim domu, w piątek urządzamy mini parapetowkę. A ponieważ w naszym supermercado znalazlysmy ekstremalnie tani zestaw do sushi, mamy w planach pokazać na co nas stac i urzadzic sushi-party!
To znaczy Joanna pokaże na co ja stać. Ja co najwyżej ugotuje ryż.
Hope, że obejdzie się bez ogniska...
piątek, 2 października 2009
Piknik. Bez wiszącej skały.
Nie tak dawno temu, pewnego słonecznego barcelońskiego dnia Kacher wpadł na genialny pomysł. „Dziewczyny , idziemy na piknik!” . Prawdziwy piknik! Z kocykiem, jedzeniem, piciem… Pomyślałam, że o w mordę, ale ostatni raz na prawdziwym pikniku byłam w 3 klasie podstawówki. Albo 4. Dokładnie nie pamiętam… Pamiętam tylko że ktoś bez pytania wciął wszystkie moje kanapki. Przez to do tej pory miałam chyba jakąs piknikową traumę...
No ale piknik w Barcelonie to zupełnie inna sprawa. Zwłaszcza jeśli ma się odbyć w parku Guell – najpiękniejszym, najbardziej czadowym i kolorowym parku planety! Guell to miejsce w 100% zaprojektowane przez Gaudiego. A ponieważ Gaudi dużo ćpał i ogólnie miał trochę zryty beret miejsce jest nieźle pokręcone: krzywe korytarze, jaszczury, kaktusy , zakręcone palmy, gąszcze kolumn... No i ta najdłuższa ławka świata. Przy której zrobiłyśmy najdłuższą sesję zdjęciową świata ;) Z dziubkiem, bez dziubka, z profilu, z góry , z dołu. Żeby już nikt mi nie powiedział, że nie mam żadnych zdjęć z Barcelony!



Na nasze piknikowe miejsce wybrałyśmy ustronne dwa metry kwadratowe na trawce tuż przy widokowym punkcie. Wyłożyłyśmy nasze turbo kolorowe owoce (zakupione na najbardziej kolorowym targu owocowym świata) i rozpoczęłyśmy piknikowy czil. Sieeeelanka. Stwierdziłyśmy, że Manet powinien namalować nową wersję „Śniadania na trawie”. „Śniadanie w parku Guell”. Albo jeszcze lepiej: „Turbo śniadanie u Gaudiego” ( „turbo” to, dzięki Ani, ostatnio mój ulubione słowo)

Kończąc owocowo don simonowy piknik stwierdziłyśmy, że wypadałoby trochę pozwiedzać. A ponieważ po Don Simonie chce się szczyty zdobywać, od razu nabrałyśmy ochoty na wspinanie się na najwyższe parkowe punkty widokowe… Było ciężko, ale, jak to mawiał Steven, there’s no gain without pain czy cos takiego.Nie żałuję.


Pikniki to naprawdę fajna sprawa. Myślę, że kwestię kanapek powinnam puścić w niepamięć i zdecydowanie częściej organizować takie wypady. W przyszłym tygodniu mamy w planach napaść na park Ciutadela. Nie ma wiszącej skały, nie ma nic Gaudiego ale podobno jest tam jakiś fajny mamut. No i palma. A palma to przecież podstawa…
No ale piknik w Barcelonie to zupełnie inna sprawa. Zwłaszcza jeśli ma się odbyć w parku Guell – najpiękniejszym, najbardziej czadowym i kolorowym parku planety! Guell to miejsce w 100% zaprojektowane przez Gaudiego. A ponieważ Gaudi dużo ćpał i ogólnie miał trochę zryty beret miejsce jest nieźle pokręcone: krzywe korytarze, jaszczury, kaktusy , zakręcone palmy, gąszcze kolumn... No i ta najdłuższa ławka świata. Przy której zrobiłyśmy najdłuższą sesję zdjęciową świata ;) Z dziubkiem, bez dziubka, z profilu, z góry , z dołu. Żeby już nikt mi nie powiedział, że nie mam żadnych zdjęć z Barcelony!
Na nasze piknikowe miejsce wybrałyśmy ustronne dwa metry kwadratowe na trawce tuż przy widokowym punkcie. Wyłożyłyśmy nasze turbo kolorowe owoce (zakupione na najbardziej kolorowym targu owocowym świata) i rozpoczęłyśmy piknikowy czil. Sieeeelanka. Stwierdziłyśmy, że Manet powinien namalować nową wersję „Śniadania na trawie”. „Śniadanie w parku Guell”. Albo jeszcze lepiej: „Turbo śniadanie u Gaudiego” ( „turbo” to, dzięki Ani, ostatnio mój ulubione słowo)
Kończąc owocowo don simonowy piknik stwierdziłyśmy, że wypadałoby trochę pozwiedzać. A ponieważ po Don Simonie chce się szczyty zdobywać, od razu nabrałyśmy ochoty na wspinanie się na najwyższe parkowe punkty widokowe… Było ciężko, ale, jak to mawiał Steven, there’s no gain without pain czy cos takiego.Nie żałuję.
Pikniki to naprawdę fajna sprawa. Myślę, że kwestię kanapek powinnam puścić w niepamięć i zdecydowanie częściej organizować takie wypady. W przyszłym tygodniu mamy w planach napaść na park Ciutadela. Nie ma wiszącej skały, nie ma nic Gaudiego ale podobno jest tam jakiś fajny mamut. No i palma. A palma to przecież podstawa…
wtorek, 29 września 2009
Castellano? no entiendo...
Barcelona nie jest chyba najlepszym miejscem na naukę hiszpańskiego. Bez kitu…

Katalończycy na każdym kroku starają się podkreślić swoją odrębność a na ulicy trudno usłyszeć czysty castellano. Nazwy sklepów, napisy, reklamy czy ogłoszenia serwowane są na pierwszym planie po katalońsku. Po hiszpańsku – zawsze małym druczkiem. I z wieeelką łaską. Szczerze mówiąc trochę mnie to nawet śmieszy-pytasz po hiszpańsku, odpowiedź w catala... Takie z nich buraki!
Ale chyba największy ubaw mam tu z katalońskimi wykładowcami...Biedaczki, zmuszone do prowadzenia zajęć w castellano, koniecznie chcą się jakoś odegrać. No to jazda -wszystkie kserówki, programy, zadania, które rozdają są wyłącznie w catala. Że tak niby przez przypadek. Cwaniaczki…
Jednak okazuje się że katloński to nie jedyny problem. Zapomniałam, głupia, że sam hiszpański ma chyba z 5 tysięcy różnych akcentów,dialektów i innych odmian, które czasami na prawdę trudno ogarnąć. Pisałam już o wykładowcy z handlu zagranicznego który strasznie zapodaje z francuska… Ątes, frąces pitu pitu. Zrozumieć można, ale strasznie to męczące… Zwłaszcza jeśli nie trawi się francuskiego (Batoniku wybacz mi!;*)
Innym ciekawym przypadkiem jest wykładowca z sociologii – pan Leonardo. Pan Leonadro, nie mówi po hiszpańsku. Ba! Nie mówi nawet po katalońsku… Leonardo zajeżdża takim portuñolem, czy też sportugalszczonym españolem, że niewiele osób na sali ogarnia kuwetę. Majsz kojzasz, empreeeza, amigusz i otrasz perzonasz. No i to obrigado na końcu. Dzięki portugalskim wtykom w rodzinie słowotok Leonarda nie brzmiał dla mnie aż tak kosmicznie, ale mimo wszystko -nie bardzo skumałam o co mu chodzi… Będzie zabawnie.
Z kolei pana Jorge, nauczyciela z zarządzania, zdecydowanie podejrzewam o jakieś andaluzyjskie korzenie. Mówi po kastylisku, owszem. Ale zdecydowanie cierpi na zespół nadmiernej „cety”: nie dość że sepleni to jeszcze opluwa wszystkich w promieniu metra. Z tyłu nie słychac a z przodu fontanna, nie wiadomo co gorsze. Ale pan jest strasznie sympatyczny i nadrabia poczuciem humoru :]
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Profesor od economia espanyola mowi tak przepięknym kastylijskim, że chyba zacznę go nagrywać. Chciałabym tak kiedyś mówić…
Eh...niedoczekanie.

Katalończycy na każdym kroku starają się podkreślić swoją odrębność a na ulicy trudno usłyszeć czysty castellano. Nazwy sklepów, napisy, reklamy czy ogłoszenia serwowane są na pierwszym planie po katalońsku. Po hiszpańsku – zawsze małym druczkiem. I z wieeelką łaską. Szczerze mówiąc trochę mnie to nawet śmieszy-pytasz po hiszpańsku, odpowiedź w catala... Takie z nich buraki!
Ale chyba największy ubaw mam tu z katalońskimi wykładowcami...Biedaczki, zmuszone do prowadzenia zajęć w castellano, koniecznie chcą się jakoś odegrać. No to jazda -wszystkie kserówki, programy, zadania, które rozdają są wyłącznie w catala. Że tak niby przez przypadek. Cwaniaczki…
Jednak okazuje się że katloński to nie jedyny problem. Zapomniałam, głupia, że sam hiszpański ma chyba z 5 tysięcy różnych akcentów,dialektów i innych odmian, które czasami na prawdę trudno ogarnąć. Pisałam już o wykładowcy z handlu zagranicznego który strasznie zapodaje z francuska… Ątes, frąces pitu pitu. Zrozumieć można, ale strasznie to męczące… Zwłaszcza jeśli nie trawi się francuskiego (Batoniku wybacz mi!;*)
Innym ciekawym przypadkiem jest wykładowca z sociologii – pan Leonardo. Pan Leonadro, nie mówi po hiszpańsku. Ba! Nie mówi nawet po katalońsku… Leonardo zajeżdża takim portuñolem, czy też sportugalszczonym españolem, że niewiele osób na sali ogarnia kuwetę. Majsz kojzasz, empreeeza, amigusz i otrasz perzonasz. No i to obrigado na końcu. Dzięki portugalskim wtykom w rodzinie słowotok Leonarda nie brzmiał dla mnie aż tak kosmicznie, ale mimo wszystko -nie bardzo skumałam o co mu chodzi… Będzie zabawnie.
Z kolei pana Jorge, nauczyciela z zarządzania, zdecydowanie podejrzewam o jakieś andaluzyjskie korzenie. Mówi po kastylisku, owszem. Ale zdecydowanie cierpi na zespół nadmiernej „cety”: nie dość że sepleni to jeszcze opluwa wszystkich w promieniu metra. Z tyłu nie słychac a z przodu fontanna, nie wiadomo co gorsze. Ale pan jest strasznie sympatyczny i nadrabia poczuciem humoru :]
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Profesor od economia espanyola mowi tak przepięknym kastylijskim, że chyba zacznę go nagrywać. Chciałabym tak kiedyś mówić…
Eh...niedoczekanie.
niedziela, 27 września 2009
niedzielny czil...
„Mercowe” biby, zabójcza klima w metrze i kimanie na plaży dały się we znaki – głos odmówił posłuszeństwa a głowę coś chce rozsadzić na wszystkie strony świata. Dlatego sobotę i część niedzieli spędzam raczej w klimatach piżamowo-laptopowo-herbatkowych. Żadnych imprez, plaży brak, spokój, cisza, pełen czil. Niestety, świadomość tego, że gdzieś za ścianą czai się katloński dziadek nie do końca pozwala się zrelaksować.. Dlatego postanowiłam zaczerpnąć, średnio świeżego, ale jednak powietrza i wybrać się na mały spacer po okolicy.

Ponieważ dzisiaj niedziela ,a do tego pora siesty, dzielnica jest absolutnie wymarła. Cisza, spokój, czasem leniwie przebiegnie jakiś kot…



Jednak im bliżej Sagrady, tym mniejsza sielanka. Turistas turistas turistas. I wszystkie konsekwencje z tym związane: tandente sklepiki z szalikami i koszulkami Puyola i Iniesty,torebki, na których Barcelona odmieniona jest przez wszystkie przypadki… Byki, sombrera, kastaniety wachlarze- jedno wielkie OLE!


Sagrada jak to Sagrada-więcej widać żurawi niż samej katedry. Dla mnie zawsze będzie trochę przereklamowana..Mimo wszystko-miło popatrzeć, w końcu legenda...

Wracając na Sicilie przed blokiem czekała na mnie miła niespodzianka...

Teraz, jak nigdy wcześniej, poczułam się jak w domu :)
Ponieważ dzisiaj niedziela ,a do tego pora siesty, dzielnica jest absolutnie wymarła. Cisza, spokój, czasem leniwie przebiegnie jakiś kot…
Jednak im bliżej Sagrady, tym mniejsza sielanka. Turistas turistas turistas. I wszystkie konsekwencje z tym związane: tandente sklepiki z szalikami i koszulkami Puyola i Iniesty,torebki, na których Barcelona odmieniona jest przez wszystkie przypadki… Byki, sombrera, kastaniety wachlarze- jedno wielkie OLE!
Sagrada jak to Sagrada-więcej widać żurawi niż samej katedry. Dla mnie zawsze będzie trochę przereklamowana..Mimo wszystko-miło popatrzeć, w końcu legenda...
Wracając na Sicilie przed blokiem czekała na mnie miła niespodzianka...
Teraz, jak nigdy wcześniej, poczułam się jak w domu :)
piątek, 25 września 2009
Fiesta fiesta fiesta...
Fiesta, fiesty, fieście, fiestę, o fieście, z fiestą....
Bez kitu, ale od środy słowo fiesta chciałoby się odmienić nie przez 7 a przez 777 przypadków. Odkąd zaczęło się Merce Barcelona to jedna wielka impreza. W dzien, w nocy, na ulicy w barze, w metrze. Wszędzie! Trudno to wszystko ogarnąć.
W środę zainaugurowaliśmy wszechobecne świętowanie na plaży (z don Simonem por supuesto) a później dołączylismy do ogólnej biby na Plaza Catalunya... Petardy, parady, bębny, koncerty. Doookoła mnóstwo najrożniejszych ludzi z całego świata: studenci, żule, rodziny z dziećmi, turyści, prostytutki, biznesmeni i transwestyci, paradujący na 20 cm szpilkach w blond perukach. Gael w Złym wychowaniu przy nich wymięka...
Po tym wszystkim co tu widzę, muszę dokonać pewnego sprostowania: to nie prawda ze Almodóvar ma zrytą banie! On po prostu żyje w kraju, w którym rzeczywistość jest jak w krzywym zwierciadle. Tutaj nic nie jest w stanie zaskoczyć...
A jak już jestem przy temacie fiest: gdziekolwiek nie pójdę, we wszystkich barach, dyskotekach czy nawet na ulicy w kółko puszczają te same piosenki – David Bisbal, Ave maria cuando seras mia, Buena vista social club, Nena Daconte no i przede wszystkim…. Elevis!! Crespo rzecz jasna. Nie ma dnia bez Suavemente i choć z kroczkami najlepiej nie jest, nogi same rwą się do tańca. VENGA!
Bez kitu, ale od środy słowo fiesta chciałoby się odmienić nie przez 7 a przez 777 przypadków. Odkąd zaczęło się Merce Barcelona to jedna wielka impreza. W dzien, w nocy, na ulicy w barze, w metrze. Wszędzie! Trudno to wszystko ogarnąć.
W środę zainaugurowaliśmy wszechobecne świętowanie na plaży (z don Simonem por supuesto) a później dołączylismy do ogólnej biby na Plaza Catalunya... Petardy, parady, bębny, koncerty. Doookoła mnóstwo najrożniejszych ludzi z całego świata: studenci, żule, rodziny z dziećmi, turyści, prostytutki, biznesmeni i transwestyci, paradujący na 20 cm szpilkach w blond perukach. Gael w Złym wychowaniu przy nich wymięka...
Po tym wszystkim co tu widzę, muszę dokonać pewnego sprostowania: to nie prawda ze Almodóvar ma zrytą banie! On po prostu żyje w kraju, w którym rzeczywistość jest jak w krzywym zwierciadle. Tutaj nic nie jest w stanie zaskoczyć...
A jak już jestem przy temacie fiest: gdziekolwiek nie pójdę, we wszystkich barach, dyskotekach czy nawet na ulicy w kółko puszczają te same piosenki – David Bisbal, Ave maria cuando seras mia, Buena vista social club, Nena Daconte no i przede wszystkim…. Elevis!! Crespo rzecz jasna. Nie ma dnia bez Suavemente i choć z kroczkami najlepiej nie jest, nogi same rwą się do tańca. VENGA!
środa, 23 września 2009
It's erasmus, nena!
Słowo „erasmus” musi mieć w sobie coś magicznego. Nowo poznani ludzie, słysząc, że jestem erazmusem, ze zrozumieniem przytakują i uśmiechają się znacząco. Victor, ten od samolotów, już pierwszego dnia stwierdził: "Nena it’s erasmus en Barcelona! Nie ma nic lepszego!”.
Przez pierwszy tydzień trudno mi było w to uwierzyć. Deszcz, szukanie mieszkania, katloński na każdym kroku i uniwersytet, w którym można się zgubić – wszystko wydawało się jakieś obce i gorsze. Poza tym dziadek, u którego obecnie mieszkamy okazał się zwykłym dziadem psychopatą - kontrola na każdym kroku, silencio, a za wizytę znajomych: dame 15 euro…
Jednak im więcej czasu mija, tym bardziej wierzę Victorowi! Wszystko zaczyna się powoli wyjaśniać. Dzisiaj znalazłyśmy z Aśką idealne mieszkanko w Cerdenyoli – miasteczku koło naszego uni, 20 minut autobusem od BCN. Duże pokoje, salon, taras, na dole ogród, cena o wiele niższa, no i przede wszystkim dziadów brak! Przeprowadzamy się 1.10 :) Bez kitu odliczam godziny… W okolicy mieszka mnóstwo studentów, głównie erazmusów, więc można w kapciach, po sąsiedzku w odwiedziny, bez płacenia.
Jeśli chodzi o zajęcia tutaj też na razie nie ma kwasu. Na większości bez problemu przechodzą na castellano.A gdy pan jest upierdliwy i próbuje nawijać po katalońsku zbuntowani erazmusi ostentacyjnie wychodzą trzaskając drzwiami. Niesamowita satysfakcja...
Z innych optymistycznych wiadomości: dziś po raz pierwszy od wielu dni wyszło słońce – prawdziwe,palące,krótkie rękawki wracają do mody.
A gdyby komuś było mało – wieczorem zaczyna się najważniejsza i największa fiesta Barcelony: „Merce”. W czwartek i piątek nie ma zajęć bo do niedzieli w mieście jest jedna wielka biba. Wszyscy trąbią o tym już odkąd tu przyjechałysmy. Koncerty na każdym rogu, darmowa sangria, pokazy tańców i jedno wielkie oleee...
No cóż..."It's erasmus nena".
Czego chcieć więcej..
Przez pierwszy tydzień trudno mi było w to uwierzyć. Deszcz, szukanie mieszkania, katloński na każdym kroku i uniwersytet, w którym można się zgubić – wszystko wydawało się jakieś obce i gorsze. Poza tym dziadek, u którego obecnie mieszkamy okazał się zwykłym dziadem psychopatą - kontrola na każdym kroku, silencio, a za wizytę znajomych: dame 15 euro…
Jednak im więcej czasu mija, tym bardziej wierzę Victorowi! Wszystko zaczyna się powoli wyjaśniać. Dzisiaj znalazłyśmy z Aśką idealne mieszkanko w Cerdenyoli – miasteczku koło naszego uni, 20 minut autobusem od BCN. Duże pokoje, salon, taras, na dole ogród, cena o wiele niższa, no i przede wszystkim dziadów brak! Przeprowadzamy się 1.10 :) Bez kitu odliczam godziny… W okolicy mieszka mnóstwo studentów, głównie erazmusów, więc można w kapciach, po sąsiedzku w odwiedziny, bez płacenia.
Jeśli chodzi o zajęcia tutaj też na razie nie ma kwasu. Na większości bez problemu przechodzą na castellano.A gdy pan jest upierdliwy i próbuje nawijać po katalońsku zbuntowani erazmusi ostentacyjnie wychodzą trzaskając drzwiami. Niesamowita satysfakcja...
Z innych optymistycznych wiadomości: dziś po raz pierwszy od wielu dni wyszło słońce – prawdziwe,palące,krótkie rękawki wracają do mody.
A gdyby komuś było mało – wieczorem zaczyna się najważniejsza i największa fiesta Barcelony: „Merce”. W czwartek i piątek nie ma zajęć bo do niedzieli w mieście jest jedna wielka biba. Wszyscy trąbią o tym już odkąd tu przyjechałysmy. Koncerty na każdym rogu, darmowa sangria, pokazy tańców i jedno wielkie oleee...
No cóż..."It's erasmus nena".
Czego chcieć więcej..
Subskrybuj:
Posty (Atom)
